niedziela, 16 lutego 2014

Książkowe miłości



        Chyba nie raz byłam pod wpływem jakiejś postaci, chciałam ją poznać, móc porozmawiać. Chciałam, żeby istniała. No i nie raz byłam zakochana w jakimś bohaterze.

       Na pierwszym miejscu jest Piotruś Pan, byłam nim zafascynowana zanim urodził się mój brat, czyli kiedy miałam jakieś trzy latka. Ale to pamiętam.

       W wieku siedmiu lat obejrzałam pierwszą część Władcy Pierścieni, a mając lat dziewięć przeczytałam całą serię i tak spodobał mi się Legolas. Kiedy podrosłam, zauroczył mnie Aragorn, ale też Faramir, obydwaj byli tajemniczy, nieco skrzywdzeni przez los, ale męscy, dumni i odważni.

       Parę lat temu nie mogłam się otrząsnąć ze wspomnień Smolipalucha Cornelii Funke, potem jeszcze obejrzałam film, gdzie boski Paul Bettany bawił się ogniem pokazując cudowny brzuch w prostych dżinsach.

       A całkiem niedawno pojawił się Aleksander z Jeźdźca Miedzianego Paulliny Simons. Wysoki, przystojny brunet, w dodatku w mundurze, co prawda Armii Czerwonej, ale to nie szkodzi.

       No i Bohun, ten Sienkiewicza i ten Komudy, i jeszcze ten z filmu z chmurnym, błękitnookim spojrzeniem.

       Czy tylko ja ulegam takim wpływom? 


niedziela, 12 stycznia 2014

Kwiaty na poddaszu


        Kultowa powieść wydana w 1979 roku. Napisana po mistrzowsku, powoli oplata czytelnika i wciąga niczym pająk w sieć. Tak właśnie się czuję po przeczytaniu Kwiatów na poddaszu.

        Historia zaczyna się niepozornie, od opisu szczęśliwej rodziny. Dwójka dzieci- starszy syn Christopher i jego młodsza siostrzyczka Cathy lepszych rodziców nie mogli sobie wymarzyć. I straszliwie ich podziwiają. Piękna, młoda mama, która kocha ich i ojca całym sercem i ten wspaniały ojciec, niezwykle przystojny, również blondyn o niebieskich oczach, który pracuje ciężko na utrzymanie rodziny i widuje ich tylko w weekendy. Autorka opisała rodzinę w wyidealizowany i przesłodzony sposób, jednocześnie tak, że wcale nie miałam ochoty książki odłożyć. Całkowicie zapomniałam o opisie z okładki i zastanawiałam się- co takiego złego może się stać?

        A jednak może. Zupełnie niespodziewanie w chwili, która mogła należeć do jednej z najszczęśliwszych, nadchodzi wiadomość, że ojciec zginął w wypadku. I wtedy mama zostaje sama z czwórką dzieci (bliźnięta pojawiły się w trakcie). Okazuje się, że jest córką obrzydliwie bogatych, przekonanych o swym wyłącznym prawie do sądzenia rodziców. W dodatku została przez nich wydziedziczona, ponieważ wyszła za mąż za swojego kuzyna. Jednak teraz zdecydowała się szukać ich pomocy. Matka przyjmuje ją w domu, jednak bez dzieci. W końcu obydwie decydują się ukrywać je na poddaszu, ponieważ ich dziadek jest umierający.

        Zajęło mi chyba tyle samo czasu, co i Cathy, żeby zorientować się jak matka ich oszukuje i zastrasza.

        Bardzo ciekawe jest w tej książce to, że główna akcja dzieje się na małej przestrzeni: pokój, łazienka i strych. A biorą w niej udział głownie dwie osoby. Andrews po mistrzowsku opisała trzy(?) lata życia dzieci na strychu ani razu nie zanudzając czytelnika. Cały czas towarzyszyło mi poczucie braku rzeczywistości. Aż do dramatycznego końca.

        Ta część jest godna polecenia na nudny zimowy wieczór. Lekka, wartka akcja, nie wzbudza wielkich emocji- chociaż jakieś oczywiście tak, a po niej nie zostaje nic do przemyślenia, bo wszystko zostało zakończone. Nie można się zastanawiać nad "dobrem i złem" oraz na względnych wartościach, ponieważ tutaj jasno określono: biedne- dzieci, zła-babcia, bohater dynamiczny- mama. A to co jest tak wielce zapowiadane i wzbudza wiele kontrowersji wokół książki- niepożądana więź między rodzeństwem, w pierwszym tomie jest jakby wymuszana przez otoczenie (nie chcę spojlować, zapisana opinia dotyczy tylko części tego wątku).

        Z całego serca jednak odradzam kolejnych tomów! Są strasznie nie do przeżycia. Jak jakieś książeczki z przetworzonego papieru dodawane do gazet. Dla mnie "saga o Dollangangerach" zaczyna się i kończy w pierwszym tomie.

sobota, 11 stycznia 2014

Miłość w czasach zarazy


     Dzieło uznawane za wybitne. Po przeczytaniu nikogo nie dziwi dlaczego. Zachwyca niemal wszystkim: od języka, przez postacie, opisy, akcję aż do zakończenia.

     Ktoś może powiedzieć, że nudne i ciężkie. Rzeczywiście sama zaczęłam spodziewając się lekkości czytania jaka towarzyszyła mi przy Copperfieldzie czy Nędznikach, jednak przeczytawszy pierwsze półtorej strony wróciłam do początku aby zrozumieć (ze zdziwieniem, że wcześniej pominęłam ten fakt), że ktoś umarł. Więc jak widać- niekonwencjonalny początek, bo powieść zaczyna się śmiercią.

     To właśnie trzeba zauważyć, za ten literacki trik należą się Marquezowi brawa. Zaczynając od opisu śmierci i dnia codziennego osiemdziesięcioletniego doktora Urbino, od opowieści o jego życiu z żoną, nietypową, piękną Ferminą Dazą pokazuje czytelnikowi jak oni się kochają, czym jest ich miłość, jak wyglądała, jaka silna jest łącząca ich więź. Sprawia on też że snuta dalej historia staje się już tylko wspomnieniami, tęsknotą za młodością, za dawnym życiem, więc czytelnik nie buntuje się przeciwko Ferminie, nie denerwują go jej decyzje, nie przeżywa zbyt mocno jej młodzieńczej miłości. Znaczy: przeżywa ją, ale łagodnie, bez uniesień, bez zbędnych emocji- wręcz rozsądnie.
    
     Nigdy nie spotkałam się z czymś takim jak w Miłości... , mianowicie książka ta sprawia wrażenie, że jest całym życiem tych trzech osób- Ferminy Dazy, Juvenala Urbino i Florentina Arizy, że kiedy się ją otwiera znajdujemy się na prawdziwych Karaibach w Kolumbii, że widzimy te ulice tętniące życiem. Wszystko jest napisane tak łagodnie i swobodnie, aby czasem, w odpowiednim momencie zaskoczyć nas przekleństwem czy pełną kurew sentencją.

     Powieść zmusza do refleksji, ale raczej nie nad wartościami moralnymi lecz nad tym co się właśnie przeczytało. Wciąga niezmiernie, ale w środku zdania potrafiłam pomyśleć "koniec na dziś" bo w głowie się nie mieści coś tak pięknego, mądrego a zarazem prostego.

     Jest wyzwaniem. Dla kogoś, kto postawił sobie za cel przeczytać klasyki i dla miłośników książek. Każdy powinien się zastanowić, zanim po nią sięgnie czy jest gotowy na to wyzwanie, czy mu sprosta i co będzie później.

     Ja- dwa tygodnie po skończeniu- nadal jestem równie przerażona jak Fermina Daza opowieścią o zamordowaniu dwojga staruszków, którzy wypłynęli łodzią na jezioro. Po ich śmierci okazało się, że oboje od wielu lat mieli romans, mimo, że każde miało swoją własną, dużą rodzinę. I to chyba właśnie jest Miłość w czasach zarazy. Miliony historii tworzące jedną, o której nie można zapomnieć.

Między wierszami

The Words

        Rozmowa o opowieści w opowieści. Właśnie wydano nową powieść Clay'a Hammond'a (Dennis Quaid) i autor, w ramach promocji, odczytuje dwie pierwsze części publiczności. Na spotkaniu tym wpada na młodą Danielle (Olivia Wilde), która szybko wciąga go w rozmowę, zakończoną u niego w domu. Clay streszcza jej swoją książkę.

   

       Opowiada ona o początkującym pisarzu (Bradley Cooper), który właśnie wprowadził się do mieszkania w lofcie w dawnej fabryce wraz ze swoją dziewczyną (Zoe Saldana), opowiada o jego miłości do książek i pasji tworzenia. Jednak z tej pasji nie czerpie środków do życia. Mimo finansowych problemów para pobiera się i spędza miesiąc miodowy w Paryżu. Tam właśnie kupują w antykwariacie starą, skórzaną teczkę.


       Wracają do domu i dopiero po jakimś czasie Rory ogląda zakup. Znajduje wtedy schowany tam maszynopis i zaczyna go czytać. Historia ta go porywa, wzrusza, nie może przestać o niej myśleć. Budzi się w nocy i przepisuje wszystko po to, aby te słowa jeszcze raz przeszły przez jego palce. Po jakimś czasie wydaje powieść pod swoim nazwiskiem i wtedy rozpoczyna się kolejna historia.

      Rory spotyka autora (Ben Barnes, Jeremy Irons) książki, a raczej- on odnajduje jego i opowiada mu prawdziwą wersję wydarzeń.


     Film trzeba skomentować, bo nie jest pusty, nie jest nudny ani banalny. No- banalne są pojedyncze historie, ale razem tworzą one niesamowitą całość. Trzyma w napięciu cały czas- a przecież nie jest to thriller ani film akcji. Wzbudza emocje, wzrusza, nie pozostaje dla widza obojętny. Intryguje, i zaciekawia jednocześnie przekazując pewne wartości, które kino, w szczególności amerykańskie, zatraciło. Film o książkach i pisarzach przypominający powieść- mnóstwo cytatów, czasem subtelnych czasem powtarzanych kilkakrotnie, zapadających w pamięć, wartka akcja i ciekawi, oryginalni bohaterowie. I zakończenie. Sądzę, że otwarte, ale "zbyt szeroko". Właśnie przez nie czuję niedosyt, chociaż o innym nie ma tu mowy, to to pozostawia zbyt wiele wątpliwości i niedomówień.

     Między wierszami jest niewątpliwie jednym z filmów, które należy obejrzeć, bo jest jak książka, a takie kino, to rzadkość.  




piątek, 10 stycznia 2014

Melancholia



    Depresja.



      Z tym problemem boryka się Justine, główna bohaterka filmu Melancholia. Jest to piękna blondynka, grana przez Kirsten Dunst, którą poznajemy w dniu jej wesela. Chodzi rozdrażniona, podejmuje decyzje, które dziwią, wywołują sprzeciw ale i szokują- a to wszystko podczas jednego wieczoru, który miał być najszczęśliwszy w jej życiu.



      Wesele organizowała jej siostra Claire (grana przez Charlotte Gainsbourg) wraz z mężem. To właśnie siostra zajmuje się Justine, kiedy ta nie ma siły ani chęci, żeby wykonywać najprostsze czynności.



      Cały film mógłby się ciągnąć w nieskończoność, jednak zza Słońca wyłania się nieznana wcześniej planeta, która zbliża się- i oddala od Ziemi. Według obliczeń "naukowców" ma ona się z nami zderzyć. Mąż Claire skrzętnie to przed nią ukrywa, sam w ten fakt do końca nie wierzy.

      Film niebywale piękny, chociaż nierzeczywisty. Duży plus za to, że nie jest katastroficzny- nie ma ogólnej paniki, uciekających tłumów, nie ma nawet telewizji lub radia. Opiera się na relacjach między siostrami, które po wielu trudnych chwilach zdobyły się na "rozmowę" w ostateczności. Zmusza do myślenia już w trakcie, na początku akcji. I wzbudza emocje- nawet jeśli irytuje, bo nie znamy intencji Justine, to właśnie dlatego jest dobry.