niedziela, 16 lutego 2014

Książkowe miłości



        Chyba nie raz byłam pod wpływem jakiejś postaci, chciałam ją poznać, móc porozmawiać. Chciałam, żeby istniała. No i nie raz byłam zakochana w jakimś bohaterze.

       Na pierwszym miejscu jest Piotruś Pan, byłam nim zafascynowana zanim urodził się mój brat, czyli kiedy miałam jakieś trzy latka. Ale to pamiętam.

       W wieku siedmiu lat obejrzałam pierwszą część Władcy Pierścieni, a mając lat dziewięć przeczytałam całą serię i tak spodobał mi się Legolas. Kiedy podrosłam, zauroczył mnie Aragorn, ale też Faramir, obydwaj byli tajemniczy, nieco skrzywdzeni przez los, ale męscy, dumni i odważni.

       Parę lat temu nie mogłam się otrząsnąć ze wspomnień Smolipalucha Cornelii Funke, potem jeszcze obejrzałam film, gdzie boski Paul Bettany bawił się ogniem pokazując cudowny brzuch w prostych dżinsach.

       A całkiem niedawno pojawił się Aleksander z Jeźdźca Miedzianego Paulliny Simons. Wysoki, przystojny brunet, w dodatku w mundurze, co prawda Armii Czerwonej, ale to nie szkodzi.

       No i Bohun, ten Sienkiewicza i ten Komudy, i jeszcze ten z filmu z chmurnym, błękitnookim spojrzeniem.

       Czy tylko ja ulegam takim wpływom?